Spacer Bestii




czyli jak nie zrealizowałem planu ale i tak było dobrze.

Ta historia zaczyna się dość wcześnie. Sprzedałem Zuzię, a mój kolega z pracy własnie miał zamiar kupić motocykl. Jego młodzieńczym marzeniem było pojechać motocyklem w Bieszczady. Jak to bywa w takich przypadkach nie udało się: bo żona, bo dzieci, bo mi się nie chciało, bo czasu nie było, bo zapomniałem, bo właściwie to po co, bo niebezpieczne (niepotrzebne skreślić).  Na szczęście pojawiłem się ja. Wiadomo, zawsze przykład motocyklisty co to jeździ długo i żyje, powoduje, ze poddajemy w wątpliwość dogmat o tym, że motocykle to zło i że zabijają. No bo nagle się pojawia taki co żyje. Ma żonę i dziecko. Wygląda na zupełnie rozsądnego i normalnego. Szok.

Od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że on to marzenie o wyprawie motocyklowej  jednak zrealizuje. Pech chciał, że mimo usilnych prób nawrócenia na właściwą drogę uparł się, ze będzie jeździł armaturą. Do tego Yamahą. Virago. Co zrobić...

Uszanowałem, pomogłem wybrać w miarę możliwości, a że chłopak w te Bieszczady ani kurtki ani rękawiczek ani nawet kasku, to poratowałem jak się dało. Moja kurtka, pas nerkowy i rękawiczki zrobiły sobie wycieczkę w Bieszczady. Pech chciał, że świeżo zakupiony motocykl w tychże Bieszczadach odmówił posłuszeństwa. Wiadomo Yamaha... (żart taki branżowy). Gdzieś na jakimś zadupiu "in the middle of nowhere" jak mawiają na amerykańskich filmach.
Kolega chwilę pomyślał zapakował bety. Odkręcił z motocykla lusterka - do teraz nie wiem co nim powodowało... może myślał, że jak zobaczą, że bez lusterek to lipa? albo, że kradną tylko lusterka? Może to trochę taki atawistyczny symbol posiadania motocykla... dopóki masz lusterka, masz motocykl? A może niczym słynni żołnierze z Wietnamu robił sobie naszyjnik z uszu... a że u moto lusterka to takie jakby uszy...

W każdym bądź razie motocykl bez lusterek zostawił w hotelu gdzieś w jakiejś miejscowości w środku dziczy i wrócił do domu (pod Olsztyn) pociągiem. Następnie zaczął organizować zdalnie ściągnięcie motocykla w jakieś bardziej cywilizowane rejony. Tu w tym miejscu wspomnieć należy o kicku z Bractwa Suzuki, który mu w tym dziele wydatnie pomógł. Za moim skromnym pośrednictwem. Co ważne nie zważając na fakt, że to nie Suzuki. Można było powiedzieć "kupiłeś Yamahę - musisz z tym żyć". Ale nie... Motocykliści trzymają się razem: Kicek zorganizował transport, mechanika i jak się później okazało również zimowanie motocykla. Szacunek się należy.

Rok później i ja kupiłem motocykl - Bestię. Właśnie ją zarejestrowałem, ubezpieczyłem, zacząłem odgrzebywać ciuchy motocyklowe z odmętów szaf, kask, buty, rękawiczki... no właśnie gdzie są rękawiczki. Pół domu przeszukałem na próżno. Gdyby nie moja żona, która pamięta dosłownie wszystko i ona właśnie podsunęła mi pomysł. Hej a ty komuś tych rękawiczek nie pożyczałeś? Eureka! Kłopot polegał tylko na tym, że Paweł tych rękawiczek spod tego Olsztyna nie zdązył zwieźć. Przez dwa dni próbowałem jeźdźić najpierw w rękawiczkach na zimne dni - akurat zaczęły się upały. Skończyło się tym, że z pracy do domu wracałem bez rękawiczek. Na następny dzień pojechałem w rękawiczkach żony, lżejszych ale i mniejszych... skończyło się tym, ze wracałem z pracy do domu bez rękawiczek, bo się nie dało wytrzymać. Nie ma to tamto albo jadę do tego Olsztyna albo kupuje rękawiczki. Cenowo wychodzi podobnie. Decyzja pada na wyjazd do Olsztyna, właśnie zaczyna się długi weekend, pogoda ma być cudna, a jak już Olsztyn to przecież można i Mikołajki obejrzeć i w Augustowie augustowską ekipę odwiedzić. A jak kupię nową parę rękawiczek, to co mi z tego zostanie? Nowe rękawiczki bez wspomnień. Wybór był prosty. Wolę wspomnienia. Jadę.

Ustalam "THE PLAN": rano ruszam w stronę Olsztyna, dojeżdżam odbieram rękawiczki, jadę do Augustowa, tu spotykam się z ekipą augustowską (Giencia zaznacza, że do 16tej ma czas), obiadek z nimi i powrót do Radzymina. Brzmi cudnie. Wyprawa jak ta lala.

Rano pogoda piękna, wziąłem rękawiczki żony. Przecierpię do Olsztyna, bez rękawiczek jakoś jeździć nie umiem. Start i ogień. Sami wiecie jak jest, słoneczko, piękna trasa, poranek. Jednym z plusów jeżdżenia motocyklem jest możliwość wchłaniania rzeczywistości dookoła wszystkimi swoimi zmysłami. Czujesz wiatr na kasku, klacie, promienie słońca, krople deszczu padają ci na łeb, otaczają cię zapachy. Zapachy są najintensywniejsze, w maju pachnie rzepak, w czerwcu zboże, w lipcu coś tam jeszcze. Kłopot polega na tym, że akurat Polska to taki ekologiczny kraj gdzie pole nawozi się... gównem... no i końcówką kwietnia Polska gównem pachnie właśnie. Na polach rozrzuca się wtedy gnój i obornik. Ekologicznie... Rzadko kiedy cieszę się, że mam alergię w kwietniu. To generalnie jest upierdliwe, szczególnie jak kichniesz i usmarkasz sobie szybę kasku z pin-lockiem od środka.... wtedy czujesz, że alergia to słaba opcja... ale akurat w tym momencie... sami rozumiecie.. nie jest tak źle.

- Anioł? I jak idzie ogarnianie?
- Wiesz... powolutku..
Kiwnąłem głową i przyspieszyłem. W końcu chłopak ogarnia. Droga mija szybciutko. Ręce zaczynają boleć. Ogólnie opowiadali mi tyle jak to Hayabusa wygodna ale jakoś nijak się nie mogę przestawić, za bardzo się kładę na rękach, te ręce jeszcze w za ciasnych rękawiczkach. Boli. Mam nadzieję, że jak zmienię rękawiczki ból przestanie tak dokuczać. W końcu tankowanie. Odsapnę zjem coś, napiję się. W zasadzie to pierwsze takie tankowanie Bestii w trasie. Zajeżdżamy z basowym hukiem dwóch Yoshi. Bestia wyraźnie zadowolona z obecności ludzi. Mruga do mnie jakby mówiła:
- Patrz chłopaku coś ci pokażę.
Podniosłem brew zdziwiony, cóż też ta Bestia może mi pokazać... ale faktycznie wjeżdżamy na stację. Wszyscy ale to dosłownie wszyscy się za mną oglądają. Tankuję, podchodzę do kasy. Płacę. Pan przy kasie przy wydawaniu reszty pochyla się nad kontuarem i konspiracyjnym szeptem się mnie pyta:

- Przepraszam Pana, czy to prawda, że Pana motocykl ma 200 koni?

Uśmiecham się i kiwam głową.Moje ego rośnie. Pan sprzedawca patrzy na mnie z szacunkiem i podziwem dla człowieka żyjącego na krawędzi. Anioł Stróż mruga i zaczyna do niego docierać perfidia planu Lucyfera. Z tym motocyklem moje ego urośnie do niebotycznych rozmiarów.

Eh.. uśmiecham się sam do siebie. Jeśli na Zuzi wjeżdżając na stację budziłem sympatię, to wjeżdżając na Bestii wzbudzam sensację. Chyba muszę się przyzwyczaić, że faceci chodzą wokół moto robiąc sobie zdjęcia z moto na Facebooka czy Naszą Klasę, zresztą to samo z przedstawicielami płci pięknej. Rodzice z dziećmi robią sobie wycieczki wokół moto i pytają się czy mogą dziecku zrobić zdjęcie na motocyklu. Piekielny urok Bestii, a będzie coraz gorzej bo w planach mam jeszcze parę "akcesoryjnych upiększeń".

Po wizycie na stacji do Tuławek i domu rodziców mojego kolegi już naprawde tylko rzut beretem, zjeżdżamy z krajówki i wjeżdżamy na jakąś lokalną drogę. I się zaczyna szczękanie zębami. Droga jest w stanie tragicznym, dziura na dziurze. Słyszę w głowie jak morsem o czaszkę kask wybija mi:

- T-o n-i-e j-e-s-t e-n-d-u-r-o STOP k-u-r-w-a.

Jakiś rozjazd, w lewo las, w prawo las. Nie do końca jestem pewien czy w prawo czy w lewo, więc na chwilę wyjmuję telefon, włączam GPS'a pamietając o tym, żeby go za chwilę wyłączyć, bo GPS żre baterię jak głupi a ja nie mam ani ładowarki ani jak się podpiąć, a potrzebuję jeszcze się zdzwonić z Gieńcią. Jest, znalazłem wiem, w którą stronę się zwinąć, podjeżdżam pod całkiem sympatyczny domek, zaraz mnie zauważają, zresztą słychać mnie pewnie z paru kilometrów, że burza nadchodzi nie można się pomylić bo niebo bez chmurki.

Zaraz powitania, zapraszanie do środka, plan był żeby się de facto nie zatrzymywać, rękawiczki i ogień, ale no nie można być tak nieuprzejmym, ludzie serdeczni. Na chwilkę tylko, dosłownie na pięć minutek. I jakoś tak prawie godzina zeszła na rozmowach o okolicach o rezydencji Piotra Bałtroczyka, który jest sąsiadem, o rodzicach Bagińskiego, którzy również z tych okolic. Normalnie Tuławki stają się nagle jakąś wylęgarnią ciekawych ludzi. Po godzinie się pożegnałem i pojechałem. Zapomniałem wyłączyć GPS oczywiście, w głowie jeszcze miałem niedawną rozmowę z ciekawymi osobami, kto by się tam przejmował jakimiś elektronicznymi gadżetami.

Pamiętam któryś występ Piotra Bałtroczyka, w którym opowiadał jak to go złapali miejscowi policjanci podczas próby bicia rekordu prędkości województwa warmińsko - mazurskiego. I jak to za punkty z mandatu mógłby sobie na czajnik w promocji na BP wymienić. I własnie postanowiłem pobić ten rekord. Krajowa 16 dwa pasy ruchu w obie strony, może własnie ci policjanci mnie zatrzymają? Będę mógł poznać osoby znające osobiście Piotra Bałtroczyka, mojego absolutnie ulubionego konferansjera. Piękna rzecz. Zupełnie rozumiem Piotra i jego próby bicia rekord. Inaczej się nie da. Poza tym spieszyło mi się na spotkanie z Gieńcią, dużo do przejechania a ja już mam opóźnienie bo się zagadałem. Na szczęście już w swoich rękawiczkach. Na nieszczęście ręce wcale mniej nie bolą. To co zrzucałem na rękawiczki okazało się po prostu złą pozycją. Teraz nie mam na co zrzucać i widzę, że po prostu cały czas próbuję siedzieć na Hayce jak na Bandicie. Kombinuję wię żeby nie opierać rąk o kierownicę tak mocno. W końcu udało się znaleźć wygodną pozycję w maksymalnym złożeniu. Nagle okazało się, że pozycja leżąca jest naprawdę zrelaksowana. Zaskoczenie. Natomiast żadnych policjantów po drodze nie spotkałem. Też zaskoczenie.

Spieszę się...  Dwupasmówka się kończy, zaczynają się zakręty. Z jednej strony fajnie, no bo winkle. Prawo lewo, Bestia składa się o niebo lepiej niż Zuzia, choć oczywiście nie ma porównania do żadnego sporta. Ja mam jednak zawsze kłopot w jeździe na zakrętach na drogach publicznych. Parę razy byłem na szkoleniach na torach w COSP Legionowie, na lotnisku na Bemowie czy w Lublinie i wtedy nie mam problemu, podnóżki poprzecierane, opony zamknięte. A na publicznej... blokada.

Kiedyś samochodem jechałem sobie po Bieszczadach, widoczność piękna, winkle zacne więc zacząłem się bawić coraz szybciej, szybciej, aż piszczały opony i nagle za jednym z winkli w poprzek drogi na moim pasie leży podkład kolejowy. Taki betonowy słupek położony w poprzek, szczęściem przeciwległy pas był pusty, udało mi się uniknąć zostawienia kół na podkładzie i kontynuowania podróży niczym Flinston  na nogach ale siedząc w samochodzie, ale szczerze mówiąc myślałem, że już po mnie. Spociłem się, musiałem się zatrzymać chwilę pomyśleć, potem zatrzymałem jakiś samochód i razem wrzuciliśmy ten podkład do rowu, żeby inni się nie nacięli.
I ten podkład mi w głowie siedzi do dziś. Nie jestem w stanie wejść w zakręt w dużym złożeniu, dopóki dokładnie nie widzę co jest za zakrętem, składam tylko o tyle o ile jakby ten nieszczęsny podkład był  na drodze, to chciałbym mieć opcję wyhamowania.
Oczywiście "podkład kolejowy" może przyjąć różne formy: wywalony w poprzek drogi tir, dziura o głębokości pół metra, piach, olej na drodze. To Polska właśnie... wszystko się może zdarzyć.

- Akurat to dobrze, mam lżej dzięki temu i tak jest w cholerę roboty, nie przeginaj.
Usłyszałem głos Anioła Stróża nad sobą.
- No ale jak cipa jeżdżę...
- I chuj ale jeździsz...
Odpowiedział Anioł Stróż, trochę nieparlamentarnie.
- No dobra.. nie drążę...może i racja.

W sumie, nawet z podkładem w głowie, zakrętów z dobrą widocznością i dobrą nawierzchnią jest na tyle, że radocha z jazdy ogromna, Yoshi brzmią pięknie. Nie za głośno, nie za wysoko. Mają piękny basowy pomruk a przy odjęciu gazu strzelają, że aż miło. Prawdziwy Armagedon... W głowie natychmiast pojawił mi się obraz czterech jeźdźców Apokalipsy patrzących na mnie z wyrzutem.
- Eeee.. no dobra... taki.. erh.. trailer Armagedonu...
Jeźdźcy zniknęli.

Dojeżdżam do Augustowa, niestety jest późno. Za kwadrans 16ta, dojeżdzam do firmy Gieńci, zamknięte. Wyciągam komórkę a tu zonk... no tak.. miła rozmowa, a GPS nie wyłączony. Zupełny trup. podchodzi do mnie zafrasowanego pan z ochrony.
- Byli tu tacy na motórach ale pojechali...
- No tak... no nic, może następnym razem, dziękuję za informację.

Zawinąłem się z powrotem i pojechałem do centrum coś zjeść. Cały plan w piizdu. Nie to że jest źle, postanowiłem odświeżyć wspomnienia i wylądować w knajpce z widokiem na wodę "Blues Brothers", w której to stołowałem sie kiedy byłem tuż tuż obok na Rozpoczęciu Sezonu Bractwa Suzuki. I tu znów miła niespodzianka, kiedy kręciłem się jak głupi wokół knajpki nie bardzo wiedząc gdzie zaparkować tak żeby mieć Bestię na widoku. Podszedł do mnie koleś wygladający na kogoś z obsługi, może właściciel
- Słuchaj, podjedź tam od frontu, normalnie na chodznik i zaparkuj przed ogródkiem, ja zawsze tak robię swoim. Lubię mieć moto na oku, zupełnie to rozumiem.

Uśmiechnąłem się i podziękowałem. Motocykliści wszystkich krajów łączcie się. Faktycznie wjechałem grzecznie, zaparkowałem przy deptaczku i usiadłem zajadając się pyszną pizzą z zielonym pieprzem. Trochę kilometrów już zrobiłem, należał mi się dłuższy postój. Bestia wzbudzała sensacje.

Dwóch panów przechodzących "Ja też kiedyś jeździłem na motorze, mówie ci jak to zapierdala.."
Dziewczyna z chłopakiem "Ładny kolor...."
Dwóch żuli "Ile ma na liczniku? Eeee...180... słabo" (licznik w milach)
2-letnie dziecko wskazując na Bestię i podskakując z radości "Am...am...Baaa... mmmaaaaa"

I wiele innych tekstów. Odpoczywałem przysłuchując się przechodniom i kończąc pizzę. Zaraz trzeba wsiąść na Bestię i odprowadzić ją z powrotem do garaż. 400 za mną ale jeszcze trzeba przejechać prawie 300 do domu, a już mamy popołudnie, tyłek trochę boli, łapki okrutnie. Jeszcze kawka i wracamy.

Powrotna droga właściwie bez winkli, w Ostrołęce postanowiłem zbić na Ostrów Mazowiecką i potem chciałem się dostać do Wyszkowa. Jadę tak trochę w ciemno, bo przecież telefon z mapą padł, ale ma to swój urok, najwyżej się zgubię, może coś ciekawego odkryję? Jest już późnawo. Robiło się tak jakby nudnawo. Bestia burknęła raz i drugi, tak jakby coś sie zapowiadało. Podjechał obok mnie samochód. Jakiś młodziak za kierwonicą w okularkach i trzy ładne nastolatki, machające do mnie. Odmachnąłem. Kto by nie odmachnął. No może gej.

Bestia podkręciła obroty. Nastolatki wpadły w entuzjastyczny szał, zaczęły się chichotać, Bestia ryknęła wydechami. Anioł Stróż strzelił mnie w łeb.

- Co ty kurwa robisz?
- To nie ja, to Bestia. Choć nie ukrywam efekt mi się podoba.
Anioł Stróż pogroził mi palcem i chyba zaczął coś mówić, kiedy zacząłem się od niego oddalać w tempie błyskawicznym
- Eee.. co jest...
I musiałem się mocno chwycić kierownicy żeby nie spaść. Bestia wystartowała spod świateł jak rakieta, jeden zakręt, drugi i samochodzik z nastolatkami zniknął w lusterkach . Westchnąłem zawiedziony... mógłbym się założyć, że Bestia zaczęła też chichotać, tylko że złowieszczo. Po chwili dopadł nas Anioł Stróż mocno zdyszany.
- Co ty wyprawiasz do cholery?
Bez słów pokazałem na Bestię robiąc niewinną minę.
- No żesz... on jest żonaty - skarcił ją Anioł.
- No właśnie.
Odpowiedziałem tak jakby smutno. Anioł Stróż popatrzył na mnie karzącym wzrokiem, mimo bezchmurnego nieba poczułem tak jakby zaraz miał w mój kask przypierdzielić piorun.
- Eee... żonaty jestem! Żeby mi to było ostatni raz! - wykrzyknąłem z entuzjazmem karcąc Black Angel. Jakoś nie zauważyłem żeby się przejęła, ale przynajmniej niebo tak jakby znów się rozchmurzyło.
- Ufff... - odetchnąłem z ulgą.

Dobra droga niestety się skończyła, zaczęły się jakieś remonty, zwolniłem maksymalnie i wlokłem się za jakimś Peugotem, pół godziny mordęgi. Aż tu nagle, widzę w lusterku jakiegoś szaleńca wyprzedzającego samochody pomimo remontu.
- Ki czort? - już wiedziałem, że to hasło to błąd.
Poczułem strzał w łeb z piąchy  od Anioła Stróża i usłyszałem chichot Bestii. Ale mam towarzystwo. Skoncentrowałem się na drodze. Wariat za mną doszedł nas w korku i wyprzedził. Mrugnąłem oczami z niedowierzaniem. kto by zgadł, że to nasz nastolatkowóz. Zauważyłem zaciętą mine kierowcy, który z determinacją wciskał pedał gazu swojej Deawoo Nubiry do podłogi. Dziewczyny zaczęły histerię, machanie, odwracanie się plecami do kierunku jazdy. Dobrze, że nie zaczęły rzucać stanikami. Jeszcze by mi sprzączki porysowały Bestię. A może źle, że nie zaczęły, hm? Z tych rozważań wyrwał mnie ryk wydechów i koniec remontu. Wreszcie koniec, wyprzedziłem z pewnym żalem okularnika kierowcę i przyklejone do szyb i machające nastolatki, odmachnąłem im i odbiłem sobie pół godziny jechania po remoncie.

Na najbliższym skrzyżowaniu miałem drobny dylemat. W lewo była Ostrów Mazowiecka, rejestracja Nubiry była stamtąd właśnie. Znów poczułem strzał w łeb od Anioła. Bez słowa  skręciłem w prawo...

Później okazało się, że zupełnie nie tam gdzie trzeba, w efekcie czego zamiast na Ostrów Mazowiecką wylądowałem z powrotem na drodze na Pułtusk, pewnie z 50 km w plecy. Nii z szybkiego powrotu przez ekspresówkę na Wyszków.
 Co zrobić, przecież się nie będę zamartwiał, że za dużo jeżdżę. Korekta planów. Zrobię sobie wieczorny spacer po Pułtusku. Już zrobiło się późno, prawie 19ta. Przed Pułtuskiem odpocząłem na stacji benzynowej zamartwiając sie spalaniem. zanim kupiłem Hayabusę tyle o niej słyszałem jaka to ona oszczędna, pali 6,5 max 7 w trasie. Za każdym razem jednak jak sprawdzam ile pali wychodzi mi 10 jak nic. Patrzę na liczniki przejechane mam 190 - do zbiornika wlewam 19 litrów. No żesz kurde. Pali mi 10. Przerażenie w oczach. Czyżby to przez te wydechy? Ale aż tak? Niemożliwe. Sprowadziłem z Wysp jakąś trefną sztukę? Martwiło mnie to, ale co zrobić.

Wylądowałem na ryneczku w Pułtusku. W sumie nigdy tu nie byłem, zawsze przelotem. Nawet nie bardzo gdzie jest usiąść na rynku. Jeden ogródek, cały zajęty. Poza tym piękna turystyczna miejscowość, wypełniona wymuskanymi, pięknie pachnącymi ludźmi. Ja po całym dniu na moto nie bardzo pasowałem do tego miejsca. Spocony, zmaltretowany, ale dumny ruszyłem na spacer po parku przy zamku. Po drodze spotkałem podobnego mi desperata siedzącego w ciuchach motocyklowych na krawężniku. Moto obok. Uśmiechnąłem się i machnąłem do niego. Odmachnął. Miło tak na obcej planecie spotkać rodaka.

Park śliczny, zapełniony parami na romantycznych spacerach i uciekinierami z wesela, które odbywało się na zamku. Jakaś młoda para zwróciła moją uwagę, bo chłopak trzyma kask w ręku. Po bliższym przyjrzeniu się widać, że to jednak skuterowiec, nie ubrany w żadną kurtkę, kask lichy otwarty. Nawija makaron na uszy biednej dziewczynie.
- Słuchaj jak docisnę to pali mi 4 na 100 ale normalnie to około 3.
Dziewczyna patrzy jak w obrazek. Mając na uwadzę moje wcześniejsze problemy ze spalaniem Bestii, już miałem do niej podejść i powiedzieć  basowym głosem (tu miałem przewagę nad chłopakim, bo on pewnie mutację przechodził), opierając się nonszalancko o drzewo.:
- Słuchaj dziewczynko jak chcesz posłuchać jak się spala 10 na 100 to zgłoś się do mnie.
Anioł Stróż błyskawicznie zareagował i znów dostałem w łeb.
- Au..
Para popatrzyła się na mnie dziwnie, uśmiechnąłem się głupio i poszedłem dalej. Nie pozostało mi nic innego jak wsiąść na Bestię i ruszyć do domu. Co prawda zrobiło się ciemno, ale z Pułtuska do Radzymina to naprawdę już rzut beretem. Tylko takim cięższym...

Wróciłem do domu, w sumie zrobione 700 km. Plan był zupełnie inny, ale też było zajebiście.




Wyświetl większą mapę

1 komentarz:

  1. Życie jest piękne i trzeba go doświadczać, ale nie można tego robić siedząc w domu! Poza tym stare powiedzenie mówi: kto nie ryzykuje ten nie ma :) Zazdroszczę doświadczeń

    OdpowiedzUsuń